Friday, December 29, 2006

Heroin, heroin ..

Jeszcze nigdy nie zamknęli mnie za hasz, wielu gnoi za to próbowało mnie posyłać na terapie. Bez skutku. Takie terapie są gówno warte; czasem nawet myślę, że już prędzej dałbym się zajebać bandzie dresów, niż wpędzić się w rehabilitację. Taka rehabilitacja to rezygnacja z samego siebie.

Kierowano mnie do wielu specjalistów. Niektórzy z nich zajmowali się psychiatrią, niektórzy psychologią kliniczną, a jeszcze inni działali z czysto społecznych pobudek. Doktor Forbes, na ten przykład, który chyba do tej pory nawet jest psychiatrą, posługiwał się dość sztywnymi technikami psychologicznymi, opierającymi się głównie na zasadach Freudowskiej psychoanalizy. Moim zadaniem było więc opowiedzieć o swojej przeszłości, skupiając sie przy tym na wszelakich nierozwiązanych konfliktach z dzieciństwa. Doktorek zakładał pewnie, że identyfikacja tych problemów i ich rozwiązanie pozwoli mi pokonać wewnętrzną złość, która skłania mnie do zachowywania się przeciwko samemu sobie. Czyli na przyklad do brania twardych narkotyków.
Typowa rozmowa wyglądała więc tak:
Doktor Forbes: Wspominałeś o swoim bracie, który był, jakby to ująć.. który był inwalidą. O tym, który umarł. Możemy o nim porozmawiać?

(pauza)
Ja: Po co?
(pauza)

Doktor Forbes: Nie masz ochoty porozmawiać na temat własnego brata?

Ja: Nie o to chodzi. Po prostu nie widzę żadnego powiązania między nim a moimi problemami z heroiną.

Doktor Forbes: Wygląda na to, że zacząłeś cpać mniej więcej w okresie, gdy zmarł twój brat.
Ja: Wtedy zdarzyło się jeszcze wiele innych rzeczy. Nie widzę większego sensu w ograniczaniu się tylko i wyłącznie do tamtego zdarzenia. Mniej więcej w tym samym czasie wyjechałem do Aberdeen, na uniwersytet. Nie znosiłem tego miejsca. Chyba wtedy zaczęły się jazdy z promem do Holandii. Miałem dostęp do praktycznie kazdego towaru.

(pauza)
Doktor Forbes: Chętnie bym wrócił do Aberdeen. Powiedziałeś, że nie znosiłeś Aberdeen, prawda?
Ja: Ta.

Doktor Forbes: Czego tak bardzo nie lubiłeś w uczelni ?
Ja: Samego uniwersytetu. Personelu, studentów, wszystkiego, no. Miałem wrażenie, że są typowymi nowobogackimi snobami.
Doktor Forbes: Rozumiem. Nie potrafiłeś nawiązać kontaktu z tamtymi ludźmi.
Ja: Nie tyle, co nie potrafiłem, ile nie chciałem. Chociaż odnoszę wrażenie, że dla pana to to samo. (obojętne wzruszenie ramionami) . . . Nic mnie te chuje nie obchodziły
(pauza)
To znaczy, naprawdę nie widziałem w tym żadnego sensu. I tak wiedziałem, że długo tam nie zagrzeję. Jeśli miałem ochotę się wygadać, to szedłem do pubu. Jeśli miałem ochotę zamoczyć, chodziłem na kurwy.
Doktor Forbes: Korzystałeś z usług prostytutek?

Ja: Ta.
Doktor Forbes: Czy działo się tak dlatego, ponieważ brakowało ci pewności siebie w nawiązywaniu kontaktu z kobietami na uniwersytecie w celach zarówno czysto społecznych, jak i tych ściśle ukierunkowanych na seks ?

(pauza)
Ja: E tam, spotykałem się z paroma laskami.

Doktor Forbes: Więc w czym tkwił problem ?
Ja: Interesował mnie sam seks, a nie związki. Tak prawdę mówiąc, to nie chciało mi się nawet tego przed nimi ukrywać. Postrzegałem te kobiety tylko i wyłącznie jako przedmioty, które miały służyć zaspokajaniu moich potrzeb. W pewnym momencie zdecydowałem, że uczciwiej będzie po prostu iść do łóżka z prostytutką, niż kogokolwiek oszukiwać. Widzisz, kiedyś jeszcze miałem jakieś zasady. Wydawałem stypendium na kurwy, a same książki i jedzenie podpierdalałem. To chyba wtedy zaczęły się te historie z okradaniem witryn. Nie chodziło jeszcze o hasz, chociaż on na pewno mi nie pomagał.
Doktor Forbes: Mmmm. Powróćmy do tematu twojego brata, tego, który zmarł. Co o nim myślałeś ?
Ja: Sam nie wiem . . . słuchaj, gość w ogóle nie kontaktował. Był gdzie indziej, całkowicie sparaliżowany. Cały czas siedział w tym swoim przeklętym wózku z głową odwroconą w którąś ze stron. Jedyne co potrafił jeszcze zrobić to mrugnąć okiem, czy coś przełknąć. Czasem wydawał z siebie dziwne pomruki . . . Był bardziej przedmiotem, niż żywą osobą.
(pauza)
Kiedyś, jak byłem młodszy, to chyba było mi go szkoda. Wiesz, mama czasem brała go na dwór w tym, kurwa, całym wózku. To wielkie, przerośnięte coś w pierdolonym wózku, czaisz? Dzieciaki z ośki miały przez to nieziemski ubaw ze mnie i z mojego drugiego brata. Mówiły: 'Wasz brat to ciota', albo 'Wasz brat to zombie' i takie tam. Ja wiem, byliśmy wtedy tylko gnojkami, ale ja to wtedy odbierałem zupełnie inaczej. A jakoże za młodu byłem jeszcze wysoki i nieproporcjonalnie zbudowany, to w pewnym momencie zacząłem myśleć, że i ze mną jest coś nie tak. Że byłem trochę jak Davie . . .

(długa pauza)
Doktor Forbes: Więc było ci przykro z powodu twojego brata.
Ja: Kiedy byłem dzieciakiem, gnojkiem, to tak. Potem Davie pojechał do szpitala. Chyba wtedy cały problem zaczął powoli usuwać się w cień. Wiesz, zniknął mi z oczu, już o nim tyle nie myślałem. Odwiedziłem go parę razy, ale nie widziałem w tym jakiegokolwiek sensu. Było z nim zero kontaktu, rozumiesz? Traktowałem jego chorobę jak jakieś koszmarne życiowe zawirowanie. "Pan Davie wylosował najgorszą kartę". Cholernie przykra sprawa, ale człowiek nie może się z tym potem pogodzić do końca swoich dni. Szpital był jednak dla niego najlepszym miejscem, dobrze się tam nim opiekowali. Kiedy zmarł, dopadło mnie potworne poczucie winy, że zawaliłem, że może powinienem był zrobić coś więcej. No ale co można było jeszcze zrobić?
(pauza)
Doktor Forbes: Czy kiedykolwiek wcześniej komuś o tej sprawie mówiłeś?
Ja: Nie . . . no, może wspominałem coś tam mamie i tacie . . . . . . . Mniej więcej tak to wyglądało. Wyszło ze mnie wtedy sporo rzeczy; niektóre były trywialne, niektóre cięzkie, niektóre z kolei nudne, a jeszcze inne wręcz odwrotnie - nawet interesujące. Czasem mówiłem prawdę, a czasem kłamałem. Kiedy zmyślałem, zdarzało mi się mówić rzeczy, które wydawało mi się, że Forbes chciał usłyszeć, a kiedy indziej takie, które celowo miały go zdziwić, czy też wprawić w osłupienie. Tak naprawdę to wszystko było gówno warte. Nie widziałem jakiegokolwiek związku między tymi wszystkim rzeczami, o które mnie pytał, a ćpaniem, chociaż. Dowiedziałem się o sobie paru ciekawych rzeczy.
-------------------------------------

Mialem zamiar przetlumaczyc caly rozdzial, ale - jak to u mnie tradycyjnie bywa - poswiecilem na niego az cala godzine, a potem znalazlem sobie ciekawsze rzeczy do roboty. W rezultacie, po rownym miesiacu albo nawet dwoch (by podkreslic dramaturgie sytuacji), gdy odnalazlem to tlumaczenie w stanie gnilnego rozpadku, zdecydowalem sie go tu przekleic. Oczywiscie, fragment pochodzi z Welshowskiego "Trainspottingu", ktory diablo polecam!

..a jak Ty podchodzisz do swojego partnera?

Thursday, December 28, 2006

..

..I think I feel lost, like if everything in my vicinity was void, empty, shallow and hollow..

..I wish I knew why..


I wish I understood a lot of things I am actually never going to find out answers for.

Tuesday, December 26, 2006

"A toy soldier"

"A toy soldier" / Czerski / "Ciche dni" by Towary Zastępcze
Translation by: me =]

--

Old, shabby, and of hollow outlook,
Of a hand too wooden to write
everything a willowy tongue shall say,
everything a feverish head shall ever think of.

Spending the Spring at porch, puffing his pipe,
The same person they used to write about in the papers,
The leaden soldier - a firm hero
of reckless doll shelf battles.

Battle dust used to fall on the carpet fields,
while the broken divisions withered at the attic.
Days spent in wrong taverns, nights under the stars,
Those were the days - and was he as well.

Loved by the Gypsies, who never wished to foretell him.
Nuns used to whisper he had wonderful eyes.
Gypsies are dead now, nuns went dry,
faded is everything that used to linger in his eyes.

That's how his Summer passed, amidst the dust of the past,
with his head bent forward more and more with each passing day,
on Autumn he yellowed much, on Winter he faded.

And the solemn Spring came when he finally fell.

--

Stary, starty i starczo zapadnięty w sobie,
z dłonią nazbyt już sztywną ażeby zapisać
wszystko to, co wypowie język nadal giętki,
wszystko to, co pomyśli rozpalona głowa.

Lato spędza na ganku, pykając z fajeczki,
ten sam, o którym kiedyś pisano w gazetach:
ołowiany żołnierzyk – niezłomny bohater
brawurowych ataków na półkę z lalkami.

Bitewny pył opadał na pola dywanów,
gdy rozbite dywizje marniały na strychu.
Dnie spędzał w złych gospodach, noce pod gwiazdami,
Piękne to były czasy – a i on był piękny.

Lubiły go Cyganki, lecz nie chciały wróżyć,
zakonnice szeptały, że ma cudne oczy.
Cyganki już pomarły, zakonnice zeschły,
w jego oczach wyblakło co było tam kiedyś.

Tak spędził lato, wśród kurzu przeszłości,
z każdym dniem niżej pochylając głowę,
jesienią mocno pożółkł, przez zimę wypłowiał,

aż przyszła wielka wiosna i na wiośnie poległ.

--

You can hear the whole thing here. Give it a try, it's absolutely worth it!

Monday, December 25, 2006

Buy one, get another one for free!

Each year I wonder if this time's Christmas will be more to Christmas than x(-)mas(s).

Each year I watch people worship their God at that very time, praying for their families'/soulmates'/lovers' lives to be just a little, just a tiny bit better than the passing year. It doesn't seem to matter they have just landed on the "top 10 most expected behaviour at this time of the year" wave and will have taken off in about a month, it's what savoir-vivre forces you to behave like during the holidays. It really doesn't matter whether you actually consider yourself as a religious person or not. Be a well designed gear of the machine, do not step out of the line. Pray, be saved and get laid with a fucking hooker, with a wide smile on your face.

Every month I hear people talking about how their relatives cheat on their wives. I turn on the telly, I see murders, blood splattered on the corners of the Iraqi streets, religions marching towards world domination. (There are no winners in world wars - everybody loses, as human life, once lost, is unretrievable. Was it Stalin, who said, that one death was a tragedy, millions were only statistics?). It's a basic economical rule, that your product is always better than the one made by other company - it's just a matter of how much money you pump into the ads to turn people onto your side. But this time, it's not the money that converts people - it's the news and tragedies that, as the time passes, we start to no longer care about.

Resistance is futile, the global warming is coming and people need to adjust their tempers to the changing climate.

Sometimes I catch myself thinking that suicide is the only way of escaping from this fierce world.

Wednesday, December 06, 2006

..Catchy, catchy..

*Take this ray of light*
*Feel the moon and hold it tight*
*Calm the wind, you might*
*control the sea*
*If you save my life*
*We will rise and shine so bright,*
*That the stars go blind*
*And leave..*
*..leave the sky!*

Seabound - Castaway

---
Whoops! :)

Tuesday, December 05, 2006

..Optimistische Sache.. :)

There are various things that can pass you by without you even knowing about it. Would you be able to differ day from night without eyesight? Feel the warmth of other person without even touching her? Nah, but still up to now I had used to believe, that there is nothing like love frm the first sight. I considered it an emotional game where two people play their ritual [sometimes ending up with success, other times with failures] and assume: oh well, what do i have to lose anyway?

By the end of the last week I have been made understood, that I was terrifyingly wrong.

And you know what? The world looks wonderful again :) I'm so happy that I actually turned out to be able to trust somebody so deeply I'd never event suspect myself of.

And the world goes on and on. I'm starting to understand my mistakes from the past.